brama miłosierdzia co to jest

Jest to czas, w którym nie ma miejsca na roztargnienie, lecz wręcz przeciwnie, jest to czas, który pobudza do czujności i ożywienia w sobie zdolności rozpoznawania tego, co na prawdę istotne. Jest to czas, w którym Kościół winien odnaleźć na nowo sens misji, jaką Pan powierzył mu w dniu Zesłania Ducha Świętego: być znakiem i Ty, co w Ostrej świecisz Bramie 16 listopada Kościół wspomina Matkę Bożą Ostrobramską - Matkę Miłosierdzia. Wileńska Ostra Brama wciąż jest jednym z najchętniej odwiedzanych przez polskich pielgrzymów miejsc kultu. Do Matki Miłosierdzia każdego dnia przybywają pielgrzymi zarówno z Polski, jak i innych krajów. W sieciach lokalnych korzystających z adresów 192.168.0.0 jest możliwe posiadanie aż do 254 urządzeń (od 192.168.0.1 do 192.168.0.254). Domyślnie, brama sieciowa (najczęściej router), to znaczy urządzenie podłączone do internetu i dające do niego dostęp urządzeniom sieci lokalnej, domyślnie wybiera adres 192.168.0.1. Szczególną okazją do wspólnego świętowania i zabawy jest w tym roku Nadzwyczajny Jubileusz Miłosierdzia. Pragniemy przy naszym Sanktuarium Matki Bożej Podgórskiej, w sposób szczególny nadal okazywać pomoc rodzinom i osobom będącym w trudnej sytuacji życiowej, poprzez spełnianie wobec nich, z wielkim zaangażowaniem, uczynków BRAMA. W Biblii wspomniane są różne rodzaje bram: 1) bramy obozu ( Wj 32:26, 27 ), 2) bramy miasta ( Jer 37:13 ), 3) brama dziedzińca przybytku ( Wj 38:18 ), 4) „bramy Zamku należącego do domu” ( Neh 2:8 ), 5) bramy świątyni ( Dz 3:10) oraz 6) brama domu ( Dz 12:13, 14 ). Konstrukcja. Miasta na ogół miały jak najmniej bram Partnerbörse Für Akademiker Und Singles Mit Niveau. Kluczem jest fragment Ewangelii św. Jana odczytywany zawsze w czytaniach z tej niedzieli (J 20, 19-31). Mowa w nich o ukazaniu się Jezusa Apostołom w pierwszym dniu tygodnia w Wieczerniku, pokazaniu im ran, przekazaniu władzy odpuszczania grzechów oraz o kłopotach Apostoła Tomasza z wiarą w ks. Michał Sopoćko podkreślał, że obraz Jezusa miłosiernego namalowany według wizji św. Faustyny ma oddawać właśnie ów moment ukazania się Zmartwychwstałego w Wieczerniku. Nawiasem mówiąc z tych powodów krytykował obraz Adolfa Hyły jako nieliturgiczny, a bronił pierwszego wizerunku namalowanego w Wilnie przez artystę Eugeniusza Kazimirowskiego. Zostawmy jednak na boku spór o to, który obraz lepiej oddaje wizję św. Faustyny. Faktem jest, że pierwsze publiczne wystawienie pierwszego obrazu miało miejsce w 1935 roku w Ostrej Bramie właśnie w II Niedzielę POLECA DRUGA. Najbardziej niezwykła podróż ku sobie. 34,90 zł Zamów EBOOK Wakacje z Janem Pawłem II 12,90 zł Zamów EBOOK "Więcej aniżeli ci". Rekolekcje wielkanocne. Ideał miłości 24,90 zł Zamów EBOOK Modlitewnik Maryjny. ”Powierz się Matce!” 9,90 zł Zamów EBOOK Jutro Niedziela ROK C 39,90 zł Zamów EBOOK Nawykownik Biblijny 4,90 zł Zamów EBOOK Męski Modlitewnik 24,90 zł Zamów EBOOK Modlitewnik Weź i się módl 17,90 zł Zamów EBOOK Modlitwy na adorację krzyża 4,90 zł Zamów Siła nadziei - Joachim Badeni OP 17,90 zł Zamów 30 SCEN Z ŻYCIA MARYI - ANETA LIBERACKA KSIĄŻKA 14,90 zł Zamów Najprościej i najkrócej można powiedzieć, że tak chciał sam Jezus, który „sekretarce” Bożego Miłosierdzia powiedział: „Pragnę, ażeby pierwsza niedziela po Wielkanocy była świętem Miłosierdzia” (Dzienniczek 299). Ale jakie jest powiązanie kazania się Jezusa Zmartwychwstałego w Wieczerniku z tajemnicą Bożego Miłosierdzia? Na pierwszy rzut oka nie widać tego związku, ale spróbujmy poukładać pewne fakty po – ruch w dół i w góręJezus mówi do Siostry Faustyny: „Powiedz, że miłosierdzie jest największym przymiotem Boga. Wszystkie dzieła rąk moich są ukoronowaniem miłosierdzia” (Dzienniczek, 301). Pojawia się pytanie, czym właściwie jest miłosierdzie i czym różni się ono od miłości. Św. Jan pisze „Bóg jest miłością” (1 J 4,8). Można powiedzieć, że miłosierdzie jest wyjątkowym, najpiękniejszym obliczem Bożej miłości. Jest ono Bożą odpowiedzią na tajemnicę zła, śmierci i grzechu. Prościej, jest to miłość wobec słabych, dotkniętych złem, grzechem, chorobą, samotnością, rozpaczą, ma sobie podwójny dynamizm: ruch w dół i w górę. Pierwszy jest ruch w dół – zejście na poziom ludzkiego bólu, grzechu, samotności, choroby, śmierci. Drugi jest ruch w górę, czyli wydobywanie nieszczęśnika z dołka, podnoszenie z upadku, przywracanie do życia przez przebaczenie, równieżBiblia pokazuje tę dwoistą aktywność miłosierdzia w wielu obrazach. Dobry Pasterz wyrusza na poszukiwanie zagubionej owcy, następnie przyprowadza ją do stada. Samarytanin pochyla się nad ofiarą napadu, a następnie leczy jej rany, zawozi do TAKŻE: 7 odsłon Bożego Miłosierdzia w BibliiCo to jest miłość miłosierna?Ten podwójny ruch miłosierdzia Bożego widać w osobie Jezusa, w całej jego misji, ale najpełniej w krzyżu i zmartwychwstaniu, czyli Jego to ogołocenie, uniżenie, zejście Boga w ludzkiej postaci na samo dno ludzkiego bólu, samotności, ciemności. „Zstąpił do piekieł” – mówimy w credo, czyli wszedł w rzeczywistość ludzkiej śmierci. Jan Paweł II pisze: „Krzyż stanowi najgłębsze pochylenie się Bóstwa nad człowiekiem… Krzyż stanowi jakby dotknięcie odwieczną miłością najboleśniejszych ran ziemskiej egzystencji człowieka”. Dlatego w koronce powtarzamy: „Dla Jego bolesnej męki miej miłosierdzie dla nas i całego świata”. „Dla” – czyli „z powodu”, „ze względu na”.Krzyż jest jednak tylko pierwszym etapem aktywności Bożego miłosierdzia. Drugim jest powstanie z martwych. Jezus po to wchodzi do mrocznej krainy śmierci, by nas z niej wybawić, czyli pociągnąć w górę ku życiu, ku pochyla się nie tylko, by współczuć, by towarzyszyć w ciemności. Ono wyprowadza z mroku do światła, ze śmierci ku życiu, bierze na ręce i przyprowadza do wspólnoty miłość Boga okazuje się potężniejsza niż nienawiść, grzech i śmierć. „Wykonało się!” – te słowa zwiastują już na krzyżu zwycięstwo Bożego miłosierdzia.„Pokazał im ręce i bok”Wróćmy teraz do Wieczernika. Zmartwychwstały Jezus ukazuje się jako ten, który właśnie odbył paschalną drogę, dokonał największego dzieła Bożego miłosierdzia. Przynosi uczniom owoce tego czynu. Daje im pokój i przekazuje moc odpuszczania grzechów. „Weźmijcie Ducha Świętego!” – Duch Święty to owa miłosierna miłość Boga, która przeprowadziła Jezusa ze śmierci do życia. Ta sama moc miłosierdzia będzie odtąd obecna we wspólnocie Kościoła, w sakramentach. Teraz uczniowie Pana mają dawać ją światu, leczyć nią ludzi, wydobywać ich z niewoli „pokazał im ręce i bok”, czyli swoje rany. Wątpiącemu Tomaszowi kazał nawet dotknąć ran. Mówi tym gestem: „Moja miłość jest silniejsza niż wszelkie zło, wszystko przetrzyma. Wasze zranienia ranią i Mnie. To, co was najbardziej boli, dotyczy Mnie. Jestem w samym środku waszego cierpienia. Dlatego w moich ranach jest wasze uzdrowienie, przebaczenie, życie. Te rany są zdrojem miłosierdzia, które nieustannie rozlewa się na cały świat!”.„Ofiaruj mi nędzę i niemoc swoją, a ucieszysz serce moje”„Miejscem”, gdzie łaska Bożego Miłosierdzia dotyka nas i leczy są sakramenty, a zwłaszcza chrzest i jako dzieci nie bardzo rozumiemy, że chrzest jest sakramentem odpuszczenia grzechów. Ale każda spowiedź jest w gruncie rzeczy odnowieniem łaski chrztu. Jezus może powtórzyć każdemu z nas, to co powiedział do św. Faustyny: „Jestem dla ciebie miłosierdziem samym, przeto proszę cię, ofiaruj mi nędzę i tę niemoc swoją, a ucieszysz tym serce moje”. Czy nie tak dzieje się zawsze, gdy klękamy przy konfesjonale?Osobiście z Niedzielą Miłosierdzia kojarzy mi się wiersz ks. Jana Twardowskiego. Usłyszałem go kiedyś od innego księdza, który mówił z ambony, a ja siedziałem w konfesjonale. Spowiadałem innych, ale ciążyły mi strasznie własne grzechy. Ja, wątpiący Tomasz, usłyszałem wtedy odpowiedź z Góry:„Święty Tomaszu niewiernyze mną było inaczejOn sam mnie dotknąłwłożył dłonie w grzechu mego ranybym uwierzył że grzeszę i jestem kochanyBóg grzechu nie pomniejsza ale go wybaczyza trudnei po co tłumaczyć”(„Wybaczyć). 13 grudnia 2015 19:26/w Kościół Radio Maryja„Bramy podnieście swe szczyty, unieście się przedwieczne podwoje”- tymi słowami ks. abp Marek Jędraszewski, podobnie jak wszyscy biskupi świata, uroczyście otworzył Bramę Miłosierdzia w łódzkiej archikatedrze. Papież Franciszek również tego dnia, w III niedzielę Adwentu otworzył Drzwi Święte w bazylice św. Jana na Lateranie. A archidiecezji łódzkiej podobne uroczystości miały miejsce w dwunastu kościołach. Metropolita łódzki w słowie skierowanym do wiernych zaznaczył, że otwarta dzisiaj symbolicznie Brama Miłosierdzia, ma być znakiem dla każdego z nas, że Chrystus zaprasza nas byśmy doświadczyli Jego miłosierdzia. – Brama otwiera nową przestrzeń. Przyszliśmy do tej Katedry niosąc brzemiona tego świata, w którym żyjemy na co dzień. Świata, który wiemy niestety naznaczony jest przemocą, gwałtem raniącym słowem, kłamstwem, krzywdą. Te ciężary nieśliśmy tutaj ze sobą, świadomi także naszej słabości, naszych upadków, naszych grzechów. Ale otwarły się Drzwi Święte – Brama Miłosierdzia. Wkroczyliśmy do nowej przestrzeni, Bożej przestrzeni. Przestrzeni przenikniętej miłosierną miłością najlepszego Ojca – mówił łódzki Pasterz. „Bóg bogaty w miłosierdzia jest obecny pośród nas”- mówił metropolita łódzki. „Przez cały rok będziemy mogli doświadczać jak bogaty, jak pełen miłości wobec każdej i każdego z nas jest Pan”. Metropolita łódzki w słowie skierowanym do wiernych zwrócił uwagę, że ogłoszony przez Papieża Franciszka Rok Miłosierdzia ma być dla nas okazją do bycia miłosiernymi względem innych i do spełniania uczynków miłosierdzia względem duszy i ciała. – Nasze chrześcijańskie życie ma być szczególnym towarzyszeniem innym w ich wędrówce do Boga ten wielki Rok Jubileuszowy miłosierdzia ma nam pozwolić na odkrycie co to znaczy, że jesteśmy Bożym ludem wspólnie pielgrzymującym za Chrystusem – mówił ks. abp Marek Jędraszewski Nadzieję na zbawienie mamy budować na jednej zasadzie – mamy być miłosierni jak Ojciec, co jest jednocześnie hasłem tego Roku Jubileuszowego – dodał. – Im więcej w nas będzie tej miłosiernej miłości do drugich, im bardziej autentyczna będzie nasza solidarność z innymi ludźmi tym mocniejsza będzie nasza nadzieja, że Pan Bóg w godzinę sądu okaże nad nami swoje miłosierdzie i przygarnie nas i powie: „Chodź sługo dobry i wierny”. Gdzie jest taka nadzieja jest i radość w Panu – mówił pasterz Kościoła łódzkiego. Oprawę muzyczną podczas dzisiejszej uroczystości w łódzkiej Archikatedrze przygotował chór TON z parafii św. Franciszka z Asyżu w Łodzi pod dyrekcją Pauliny Twardowskiej oraz zespół instrumentów dętych pod dyrekcją Tomasza Maciaszczyka. Bramy miłosierdzia ogłoszone przez Ojca Świętego to okazja dla wiernych do uzyskania odpustu zupełnego. W Archidiecezji Łódzkiej łaski odpustu zupełnego można dostąpić w następujących kościołach: Narodzenia Najświętszej Maryi Panny w Bełchatowie, Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny i Świętego Michała Archanioła w Łasku, Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Łodzi, Świętego Wojciecha w Łodzi, Bazylice Archikatedralnej Świętego Stanisława Kostki w Łodzi, Świętej Faustyny w Łodzi, Miłosierdzia Bożego w Łodzi, Świętego Antoniego Padewskiego i Świętego Jana Chrzciciela w Łodzi – Łagiewnikach, Najświętszego Serca Jezusowego w Piotrkowie Trybunalskim, Świętego Antoniego i Świętego Stanisława Biskupa Męczennika w Tomaszowie Mazowieckim, Świętego Mikołaja Biskupa w Wolborzu, Świętej Katarzyny Aleksandryjskiej w Zgierzu. Antoni Zalewski, Łódź/RIRM Bazylika na Lateranie dedykowana jest Najświętszemu Zbawicielowi. To jej pierwotny tytuł. Drzwi Święte tej świątyni przypominają, że sam Jezus jest bramą. Przez tę Bramę Bóg daje się nam, a my mamy dostęp do Ojca. Kojarzymy bazylikę na Lateranie raczej ze św. Janem. I słusznie, bo obaj święci Janowie (Chrzciciel i Ewangelista) jej patronują, ale pierwszym patronem katedry Rzymu pozostaje Najświętszy Zbawiciel. Pod takim wezwaniem ta świątynia została poświęcona przez papieża Sylwestra po prawie trzech wiekach rzymskich prześladowań. Dlatego przekraczając Święte Drzwi tej bazyliki, nie sposób nie myśleć o Jezusie Chrystusie, który sam o sobie powiedział, że jest bramą owiec. Bramy Jeruzalem, brama chrztu W Starym Testamencie brama łączy się ściśle z miastem, głównie z Jerozolimą. Miasto dzięki bramom może chronić się przed atakami nieprzyjaciela, a wprowadzać do wnętrza przyjaciół. Brama zapewnia bezpieczeństwo mieszkańcom, pozwala się im formować w społeczność. Autorzy biblijni czasem wręcz utożsamiają bramę z samym miastem. Zdobyć bramę oznacza zdobyć miasto. Posiadać klucze do bram miasta, znaczy mieć władzę nad miastem. Pielgrzym, który przekracza bramę Jerozolimy, odczuwa od razu atmo- sferę jedności i pokoju. Gdy pierwsza świątynia jerozolimska została zburzona przez Babilończyków, Izraelici prosili Boga, aby otworzył bramy nieba, sam zstąpił na ziemię i poprowadził swój lud. Adwentowe pieśni nawiązują do tych biblijnych wątków, w których słychać wołanie, by Bóg zszedł na ziemię jak deszcz czy jak rosa. „Podnieście w górę bramy, szczyty wasze, rozstąpcie się odwieczne drzwi. Niech wejdzie chwały Król, chwały Król” – śpiewamy w pieśni mszalnej na Roraty. To wołanie o miłosierdzie Boga, czyli o Jego zejście z wysokości nieba na poziom naszej ludzkiej biedy. Jezus Chrystus jest odpowiedzią na to wołanie. On zstępuje do nas jako brama do nieba, która była dotąd zamknięta z powodu grzechu. Przywołajmy scenę chrztu Jezusa w Jordanie. Można w niej dostrzec, jak zaskakujące jest Boże miłosierdzie. Jezus nie potrzebował ani pokuty, ani chrztu nawrócenia. Jan obdarzony prorockim zmysłem wiedział o tym. Dlatego reaguje pełnym sprzeciwu pytaniem: „To ja potrzebuję chrztu od Ciebie, a Ty przychodzisz do mnie?”. To jest właśnie rewolucyjna siła miłosierdzia. Bóg przychodzi w ludzkiej postaci i ustawia się w kolejce grzeszników. Zanurza się w wodzie pokuty razem z nimi. Wchodzi w ich pragnienie oczyszczenia, nawrócenia. Jordan można uznać za symbol – to rzeka ludzkich brudów, krwi, grzechów, śmierci. W niej zanurzają się stopy Zbawiciela. A nad Nim w tym samym momencie otwiera się niebo i słychać głos Ojca: „Tyś mój Syn”. Tak działa Bóg. Zanurza się w nasz grzech po to, by wziąć na siebie wszystkie jego gorzkie konsekwencje (także śmierć), czyni nas swoimi synami i córkami, daje nam niebo. Tuż przy bazylice na Lateranie stoi starożytne baptysterium – miejsce udzielania chrztu. To między innymi dlatego ta świątynia ma za patrona także Jana Chrzciciela. Przejście Bramy Miłosierdzia w tej bazylice jest okazją, by przypomnieć sobie własny chrzest. To był moment, w którym Boże miłosierdzie po raz pierwszy mnie dotknęło. Zostałem obmyty z grzechu, wezwany po imieniu do świętości, otwarło się nade mną niebo. Zostałem włączony we wspólnotę Kościoła. Stałem się ukochanym dzieckiem Ojca w niebie. Ja jestem Bramą Owiec „Jezus Chrystus jest obliczem miłosierdzia Ojca” – to pierwsze zdanie papieskiej bulli na Rok Miłosierdzia. „Jezus z Nazaretu swoimi słowami, gestami i całą swoją osobą objawia miłosierdzie Boga” – podkreśla Franciszek. I dodaje: „Potrzebujemy nieustannie kontemplować tę tajemnicę miłosierdzia”. Odkryć na nowo Chrystusa jako najdoskonalszą odsłonę miłosierdzia Boga. To jeden z celów tego czasu łaski. Brama Miłosierdzia w rzymskiej bazylice Zbawiciela przywołuje na pamięć słowa Jezusa, który sam siebie nazywa bramą. To określenie pojawia się w Ewangelii św. Jana w kontekście rozważań o Dobrym Pasterzu. „Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Kto nie wchodzi do owczarni przez bramę, ale wdziera się inną drogą, ten jest złodziejem i rozbójnikiem. Kto jednak wchodzi przez bramę, jest pasterzem owiec” (J 10,1-2). Tak mówi Pan, a ponieważ „nie pojęli znaczenia tego, co im mówił”, pogłębia ten wątek. „Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Ja jestem bramą owiec. Wszyscy, którzy przyszli przede Mną, są złodziejami i rozbójnikami, a nie posłuchały ich owce. Ja jestem bramą. Jeżeli ktoś wejdzie przeze Mnie, będzie zbawiony – wejdzie i wyjdzie, i znajdzie paszę. Złodziej przychodzi tylko po to, aby kraść, zabijać i niszczyć. Ja przyszedłem po to, aby owce miały życie i miały je w obfitości” (J 10,7-10). Jezus jest bramą dla owiec. Prowadzi je do owczarni, czyli do wspólnoty Kościoła, do wspólnoty w niebie, do Boga. Dzięki Niemu znajdujemy paszę, czyli duchowe dobra. On daje owcom życie. Obraz bramy podkreśla rolę Jezusa jako pośrednika między niebem a ziemią. Przez Niego mamy dostęp do Boga, do zbawienia. Bo On jest człowiekiem i Bogiem w jednej Osobie. Przymierze człowieka z Bogiem zerwane przez grzech zostaje w Nim odnowione. Zauważmy, że obraz dobrego pasterza i bramy jest skontrastowany z mrocznymi postaciami, których Pan nazywa ostro „złodziejami i rozbójnikami”. To ci, którzy szukają wejścia do dóbr owczarni poza drzwiami. Zło jest aktywne. Miłosierdzie Boże daje nam w Chrystusie schronienie przed złem. Jego owczarnia jest nie tylko miejscem leczenia owiec zranionych i pogubionych, ale także obroną przed tymi, którzy chcą „kraść, zabijać i niszczyć”. „Nazywamy go darem, łaską, namaszczeniem, oświeceniem, szatą niezniszczalności, obmyciem odradzającym, pieczęcią i wszystkim, co może być najcenniejsze. Chrzest jest najpiękniejszym i najwspanialszym darem Boga” (św. Grzegorz z Nazjanzu). Każde drzwi mają swoją tajemnicę. Jedne otwierają się automatycznie, inne wymagają ogromnego wysiłku. Są takie, które zamykają graciarnie, i takie, które chronią skarbce. Są ważne i mniej ważne. Takie od komórki i takie od królewskiej komnaty. Trzask bramy raju zamkniętej za Adamem i Ewą do dzisiaj odbija się po ziemi echem cierpienia i śmierci. Ta brama otwarta znowu przez Maryję, która sama nazwana została przez świętego Efrema „bramą niebios”, wciąż budzi nadzieję. Bo każde drzwi i każda brama gdzieś prowadzą. Pan Jezus powiedział, żeby Jego uczniowie wybierali wąskie, niewygodne drzwi, bo te szerokie i komfortowe najczęściej prowadzą donikąd. Kiedy indziej nauczał, że On sam jest Bramą owiec. A po tym wszystkim zostawił ludziom jeszcze jedną bramę, przez którą wchodzą oni do Kościoła. Ta brama nazywa się chrzest. Papież Benedykt XVI, kiedy ogłaszał w październiku 2011 rok wiary, zrobił to listem apostolskim „Porta fidei” – ten tytuł można tłumaczyć jako „podwoje (ale też brama) wiary”. Stwierdził, że brama ta zawsze jest dla nas otwarta. „Próg ten można przekroczyć, kiedy głoszone jest słowo Boże, a serce pozwala się kształtować łaską, która przemienia. Przekroczenie tych podwoi oznacza wyruszenie w drogę, która trwa całe życie. Zaczyna się ona chrztem (por. Rz 6,4), dzięki któremu możemy przyzywać Boga, zwracając się do Niego jako do Ojca”… I to jest sedno. W trakcie liturgii Mszy Świętej połączonej z udzielaniem chrztu, gdy rozpoczynają się obrzędy Komunii Świętej, padają słowa wprowadzenia do modlitwy „Ojcze nasz”. Nowo ochrzczone dzieci będą Boga nazywać swoim Ojcem. Właściwie nie można lepiej skomentować tego, co dzieje się, gdy człowiek przyjmuje chrzest. Od tego momentu ma prawo mówić „Ojcze” do samego Pana Boga. Zanurzeni w wodzie Chrzest jest bramą życia, ale i bramą sakramentów. Oznacza to, że aby jakikolwiek sakrament mógł zostać przyjęty ważnie, należy najpierw ważnie przyjąć chrzest. Istnieje stara historia o prymicjancie i babci, powtarzana – chyba bardziej jako anegdota – na wykładach przez liturgistów i prawników chcących podkreślić właśnie te warunki wymagane do ważności sakramentów. Otóż było to przy uroczystym obiedzie w trakcie prymicji wyświęconego dzień wcześniej kapłana. Radość wymieszana ze wzruszeniem wpłynęła na zaproszonych gości, którzy jeden po drugim zaczęli snuć wspomnienia z życia prymicjanta. W pewnym momencie babcia, staruszka, kiwając głową z zadowoleniem i wspominając, jak to słabym i lichym był noworodkiem – urodzonym w warunkach domowych – zakończyła swoją wypowiedź słowami: „Oj tak, synku, oj tak… Jak dobrze, że ja cię wtedy tym mlekiem, co na przypiecku stało, ochrzciłam…”. Prymicjant i proboszcz zamarli, reszta nie do końca zdawała sobie sprawę z powagi sytuacji, więc pokiwała głowami z podziwem nad szybkością babcinej reakcji. A sednem problemu było oczywiście mleko (choć niektórzy absolwenci przypominają, że w innej wersji był to rosół stojący na przypiecku). Gdyby prawdą było, że (nawet w tych nadzwyczajnych okolicznościach) chłopak został ochrzczony jakimkolwiek innym płynem niż woda, chrzest byłby nieważny, a co za tym idzie – wszystkie następne sakramenty również, w tym przyjęte dzień wcześniej święcenia kapłańskie. Żeby ważnie ochrzcić, potrzeba wody (tylko i wyłącznie wody). Jest ona konieczna, bo – jak mówi katechizm – „zanurzenie w wodzie jest symbolem pogrzebania w śmierci Chrystusa, z której powstaje się przez zmartwychwstanie z Nim jako nowe stworzenie”, a sam sakrament chrztu jest „obmyciem odradzającym i odnawiającym w Duchu Świętym”. „Chrzcić” znaczy „zanurzyć”. Kodeks prawa kanonicznego stawia tę sprawę bardzo kategorycznie, gdy stwierdza: „Chrzest, brama sakramentów, konieczny do zbawienia przez rzeczywiste lub zamierzone przyjęcie, który uwalnia ludzi od grzechów, odradza ich jako dzieci Boże i przez upodobnienie do Chrystusa niezniszczalnym charakterem włącza ich do Kościoła, jest ważnie udzielany jedynie przez obmycie w prawdziwej wodzie z zastosowaniem koniecznej formy słownej” (kan. 849). Chrzest jest sakramentem wiary – tak określa go katechizm. Prawdopodobnie dlatego tak trudno nam o tym pamiętać, że fakt bycia ochrzczonym jest dla nas oczywisty. I niekoniecznie łączy się z wiarą. Naszą wiarą. Po prostu zrobili to nasi rodzice, którzy nas, zawiniętych w pieluchy, zanieśli do kościoła. Kiedyś, gdy dokonywało się to na skutek własnej decyzji i poprzedzone było długim okresem przygotowania, fakt związku osobistej wiary z przyjęciem chrztu był o wiele bardziej oczywisty. Ta kolejność wydaje się zrozumiała: najpierw wiara, a następnie sakrament. I kolejność ta zostaje zachowana również dzisiaj. Małe dzieci wolno nam chrzcić tylko wówczas, kiedy żyją one wśród ludzi wierzących i jest nadzieja, że będą wychowywane w atmosferze tej wiary, w której chrzest jest udzielany. Czy we współczesnych rodzinach katolickich noworodek ma szansę znaleźć wiarę, gdy przychodzi na świat? Kiedy ksiądz „robi problemy” „Ksiądz robi problemy”. Nie ma chyba na świecie księdza, który by tego nie usłyszał. Być może w pojedynczych przypadkach słusznie, śmiem jednak twierdzić, że rzadko. To jest standardowe wyrażenie osoby niezadowolonej z „obsługi” w kancelarii parafialnej, która wchodząc tam, miała swoje wizje i oczekiwania. Dotyczy to nie tylko sakramentu chrztu, ale praktycznie całości tematyki, którą duszpasterz i wierny omawiają. Z jednej strony: wizja wiernego, który przychodzi, by dopełnić formalności (fatalnie brzmi, wiem!), z drugiej – wizja duszpasterza (najczęściej jednak normy wynikające z Kodeksu prawa kanonicznego, których przestrzegać należy). Słowo „formalność” wydaje się tu kluczowe. Nigdy, ale to nigdy we wspólnocie Kościoła takie postawienie sprawy, zwłaszcza w przypadku kwestii życia sakramentalnego, nie wyszło na dobre ani wiernemu, ani duszpasterzowi, ani wspólnocie. Podstawowym błędem jest okopanie się na swoich własnych pozycjach i brak otwartości na dialog. –Spotykasz się z ludzką nieufnością w kancelarii? – pytam znajomego. Ksiądz Mirosław Godziek, proboszcz bazyliki w Mikołowie, odpowiada: – Oczywiście. Zdarza się, że ludzie czasami się blokują, mają jakieś uprzedzenia. Zapraszam ich wtedy do kancelarii a oni bardzo często przychodzą wraz z dzieckiem. Porządkuję więc te sprawy, mówię, że cieszę się, że przyszli razem. To ono – dziecko – nas tutaj gromadzi, więc bardzo proszę, żeby przyjęli, że wszystko, cokolwiek teraz będziemy tutaj ustalali, będzie realizowane właśnie dla niego. I to jest dobry punkt wyjścia. Jeśli bowiem mówimy o chrzcie jako o najlepszym podarunku, który rodzice mogą sprawić swojemu dziecku, w pakiecie z chrześcijańskim wychowaniem, nie ma chyba wątpliwości, że chodzi o miłość. Prawdziwą, szczerą, oddaną. A ta zawsze chce podarować to, co najlepsze. – Zdarza się, że do kancelarii parafialnej przychodzą młodzi, mama i tata – kontynuuje ksiądz Mirosław Godziek. – Następuje rozmowa. Nadzwyczaj ważna rozmowa i gdybym miał cokolwiek radzić współbraciom w kapłaństwie, innym duszpasterzom, to właśnie to, żeby ten moment wykorzystali. Nie oddawali go innym, ale wykorzystali jako okazję do przekazu najważniejszych dla naszej wiary treści, których być może nigdy później przekazać nie będą mogli. To może być rozmowa bardzo osobista, taka, której sami rodzice wcześniej być może nie mieli okazji z duszpasterzem nigdy odbyć. To wtedy mogą paść pytania o ich życie wiarą, o ich życie sakramentami, o to, czy żyją w małżeństwie, a jeśli nie, to jak można im pomóc, by odkryli wartość sakramentalnego małżeństwa. Mówię im, że to dziecko jest przecież owocem ich miłości, a miłość sakramentalna jest między innymi zapewnieniem temu dziecku bezpieczeństwa, które wypływa z sakramentu rodziców. Nie jest to bynajmniej rozmowa warunkująca otrzymanie przez dziecko chrztu świętego. Takie spojrzenie powoduje, że oni otwierają się bardziej, zaczynają zadawać sobie pytania odnośnie do ich wzajemnej miłości, do sakramentu małżeństwa… Bo przecież chcą dla tego swojego dziecka jak najlepiej. To pytanie o miłość zawsze jest najważniejsze. I myślę, że dla wielu rodziców, którzy swoje dziecko przynoszą do chrztu, może być punktem zwrotnym, czymś niezwykle ważnym. To jest w ogóle chyba jakiś znak naszych czasów. Tak, jak to sugeruje papież – mówienie o miłości jest lekarstwem na schorzenia współczesnego człowieka, na jego zasłony, na chowanie się za zaciśniętymi w pięści dłońmi. Chrzestni, czyli… a kogo ja mam znaleźć? „Przyjmujący chrzest powinien mieć, jeśli to możliwe, chrzestnego”. To „jeśli to możliwe” jest oczywiście bardzo ważne, tak samo jak stwierdzenie kolejnego kanonu, że „wybrać należy jednego tylko chrzestnego lub chrzestną albo dwoje chrzestnych”. Wobec coraz częściej pojawiających się propozycji, by dziecko miało dwóch ojców lub dwie matki chrzestne, koniecznie należy zauważyć, że „dwoje” (łacińskie „unus et una” w oryginale) to zawsze kobieta i mężczyzna. Chrzestny to ktoś, kto ma „pomagać”. Rodzicom w przedstawieniu dziecka do chrztu, a ochrzczonemu, by prowadził życie chrześcijańskie. Stąd też jego decyzja musi być dojrzała, bo niesie za sobą ogromną odpowiedzialność. Powinien mieć ukończone 16 lat, być bierzmowanym katolikiem, który przyjął już sakrament Eucharystii, i prowadzić życie zgodne z wiarą. To sformułowanie zawsze prowokuje dyskusję, zwłaszcza w kontekście pytania o to, czy osoba żyjąca w związku niesakramentalnym może „prowadzić życie zgodne z wiarą”. – To nie są proste pytania i nigdy nie będą proste odpowiedzi – mówi ks. Roman Chromy, członek Komisji Duszpasterstwa Konferencji Episkopatu Polski. Trzeba rozmowy, rozeznania i przede wszystkim spojrzenia na całość życia takiej osoby, której losy nie z jej winy mogły potoczyć się tak, a nie inaczej. Jej sytuacja z różnych przyczyn, jak na przykład te, o których Franciszek pisze w „Amoris laetitia”, może być nieodwracalna. Czy obecnie, gdy rozpadają się tak liczne małżeństwa, a wielu ludzi podchodzi do spraw wiary z dużą rezerwą, ale pomimo tego chce ochrzcić dziecko, pojawia się kłopot, gdy pada pytanie o chrzestnego? – Problem z chrzestnymi jest coraz częstszy – mówi ks. Mirosław – zwłaszcza w przypadku osób, o których mówi Franciszek, że są jakby na peryferiach życia Kościoła. Sugeruję wówczas rodzicom, by chrzestnym była osoba, która da dziecku dar życia duchowego, również poprzez ofiarowanie Komunii Świętej, i by była to osoba wierząca, a takich osób w życiu parafialnym nie brakuje. Zasadę mam jedną – to ja jako proboszcz chrzczę właśnie takie dzieci. Proszę innych parafian, by na takim chrzcie byli obecni. A pod koniec wszystkich obrzędów mówię: tam wisi obraz Matki Miłosierdzia. Idźcie tam z dzieckiem. Powierzcie je Matce Miłosierdzia. Bo my nie znamy przyszłości tego dziecka, ja jej nie znam, wy jej nie znacie. A my jako ludzie we wszystkim nie domagamy, więc niech Maryja weźmie je pod swoją opiekę! I idą. Klękają, modlą się, ofiarują dziecko Maryi… Imię, czyli dlaczego nie powinieneś nazwać dziecka Belzebubem „Rodzice, chrzestni i proboszcz powinni troszczyć się, by nie nadawać imienia obcego duchowi chrześcijańskiemu”. To sformułowanie zaczerpnięte wprost z kodeksu obowiązującego w Kościele prawa. Pozornie dziwne, bo co to znaczy „imię obce duchowi chrześcijańskiemu”? Tak, imię może sprawiać problemy. I nie chodzi o te ludowe opowiastki i anegdoty o ojcu, który po narodzinach syna był tak szczęśliwy, że przez tydzień nie wrócił do domu, a kiedy po tygodniu na chwiejnych nogach pofatygował się do urzędu, to wybrał mu imię ukochanego modelu samochodu. Chodzi o coś więcej – czasem nawet o formę prowokacji, a ta nigdy nikomu nie wychodzi na dobre. Głośna była sprawa dziecka, które miało być ochrzczone jako Belzebub. Głośna i spektakularna. Takich jest niewiele, niemniej jednak po każdym odcinku kolejnego amerykańsko-meksykańskiego serialu sprawy się komplikują. Imię to również temat kontrowersyjny, bo mocno kojarzony z rzekomą niechęcią księdza, potocznie określaną słowami „ksiądz robi problemy”… Niesłusznie, bo imię nadane zaraz po urodzeniu towarzyszyć ma człowiekowi przez całe jego życie, nie może być więc przypadkowe i jest również wyrazem miłości. Miłości wobec dziecka, nie wobec siebie samego i własnego gustu. W dobie wszechobecnych seriali może stać się przyczyną trudności w życiu obdarowanego imieniem bohatera kreskówki albo miłosnej historii. Odnosi się też do konkretnej osoby noszącej to imię, czyli patrona, który towarzyszy następnie wierzącemu w całym jego życiu. Jest to zapewne temat na zupełnie odrębny tekst i z pewnością wielu czytelników wyraziłoby chętnie swoje poglądy. Bo chodzi o coś niezwykle istotnego. Nie tylko o estetykę. Chodzi o odpowiedzialność. Odkrywanie Boga Zakończenie będzie być może trochę kaznodziejskie, ale istotne. Nie pamiętam, gdzie i jak zetknąłem się z historią pewnego krucyfiksu i dwóch przyjaciółek, które spotkały się na targu staroci. Jedna wychodziła już z sali, a druga zamierzała dopiero rozejrzeć się, co jest do kupienia. Wychodząca stwierdziła: „Nawet tam nie wchodź, nie ma po co, same śmieci”. Wchodząca postanowiła jednak sprawdzić sama, co jest do kupienia, i po kwadransie wyszła, niosąc stary krzyż, zniszczony, zabrudzony. Zakupiła go za grosze, odrestaurowała, odnowiła, wyczyściła. Ostatecznie okazało się, że to bardzo piękny krucyfiks. Powiesiła go na ścianie. Któregoś dnia mały chłopiec, zapewne wnuczek, bardzo przygnębiony, powiedział jej, że jest mu smutno, bo w salonie zobaczył coś, na czym był bardzo cierpiący człowiek. Historia to nieco naiwna. Pewnie nieprawdziwa. Ale z pewnością bardzo dobrze oddaje pewną rzeczywistość, mianowicie stosunek ludzi, człowieka, do wyznawanej wiary, do Jezusa Chrystusa. Dlaczego? Bo jedna z tych kobiet widziała na wyprzedaży same śmieci. Nic wartościowego. Druga dostrzegła piękno przedmiotu cennego i kunsztownego, jakim był krucyfiks. Chłopiec zaś dostrzegł nie piękno srebra, kunszt sztuki, misterne zdobienia, lecz raczej istotę – wizerunek Chrystusa. Chrystusa cierpiącego. Podsumowanie nasuwa się samo. Są na tym świecie trzy typy ludzi. Pierwszy: ci, którzy kompletnie nie widzą w fakcie bycia ochrzczonym nic atrakcyjnego. Drugi: ci, dla których chrzest jest czymś bardzo zewnętrznym. Tradycją, motywem scalającym grupę ludzi, może rzeczywistością piękną, historią sztuki, przeżyciem… I trzeci: ci, którzy naprawdę odkrywają wiarę, która została im podarowana przez rodziców i przez wspólnotę Kościoła. Odkrywają Jezusa Chrystusa. Nawiązują z Nim personalną więź. Zdaję sobie sprawę, że nie każdemu poszczęściło się w życiu tak bardzo, że mieli szansę tej personalnej więzi uczyć się od rodziców albo chrzestnych. Zawsze jednak jest czas na to, by zadać sobie pytanie, co właściwie oznacza dla mnie fakt bycia ochrzczonym.• Z kontemplacji krzyża rodzi się działanie. Trzeba jednak tę kontemplację prowadzić systematycznie, przez całe życie. Przed siedzibą Jałmużnika Jego Świątobliwości ustawiono rzeźbę, której autorem jest kanadyjski artysta Timothy P. Schmalz. Przedstawia ona leżącego na ławce człowieka przykrytego kocem. Jedyna jego widoczna część ciała to wystające spod koca stopy z widocznymi śladami po ukrzyżowaniu… Rany człowieka są ukryte w ranach cierpiącego Jezusa. Umierając na krzyżu Chrystus wypowiedział słowa „Wykonało się”, a z Jego przebitego boku wypłynęły Krew i Woda – zdroje miłosierdzia. W krzyżu Chrystusa Bóg bogaty w miłosierdzie wypowiada swoją miłość wobec świata i każdego człowieka. Jak przypomina św. Jan Paweł II, w krzyżu „objawienie miłości miłosiernej osiąga swój szczyt” (DiM 8), a „ukrzyżowany jest dla nas najwyższym wzorem, natchnieniem, wezwaniem” (DiM 14). Chrystus „zdaje się najbardziej zasługiwać na miłosierdzie i wzywać do miłosierdzia wówczas, gdy jest pojmany, wyszydzony, skazany, ubiczowany, ukoronowany cierniem, gdy zostaje przybity do krzyża i na nim w straszliwych męczarniach oddaje ducha (por. Mk 15, 37; J 19, 30)” (DiM 7). Ja również ze zdumieniem i pokorą mogę wyznać dziś: „Ktoś mnie tak umiłował, że oddał za mnie swoje życie. Zgodził się na biczowanie, cierniem koronowanie i okrutne konanie na krzyżu, aby mnie uratować. Modlił się za mnie do Ojca, aby mi przebaczył grzechy”. Zbawiciel doznaje męki i krzyża ze względu na grzechy, a oddając swe życie za ludzi wyzwala ich z niewoli zła i obdarza uczestnictwem w życiu Trójcy Przenajświętszej (por. DiM 7). W jednym ze świadectw o św. Janie Pawle II możemy przeczytać: „W każdy piątek, a czasem nawet codziennie, odprawiał drogę krzyżową, jak niegdyś w kościele franciszkanów w Krakowie. Podobnie jak czynił to jako biskup podczas Soboru. Jego rytmu modlitwy nie mąciły nawet męczące podróże”. U progu nowego tysiąclecia Papież pisał: „Kontemplacja oblicza Jezusa pozwala nam zatem zbliżyć się do najbardziej paradoksalnego aspektu Jego tajemnicy, który ujawnia się w ostatniej godzinie, w godzinie Krzyża. Jest to tajemnica w tajemnicy, którą człowiek może jedynie adorować na kolanach” (NMI 25). Cierpiący Jezus zaprasza nas do uczestnictwa w Jego dziele. Będąc przy Jezusie i z Nim uczymy się Go naśladować, jak czyni to wielu uczniów Boskiego Mistrza na całym świecie. I to w miłości do końca. Przemysław Babiarz, znany dziennikarz sportowy, wyznał: „Znak krzyża. To dla mnie znak zwycięstwa. Znak krzyża to znak chrześcijaństwa – wspaniałej religii, religii miłości trwającej już od 2000 lat, której źródło jest niewyczerpalne, bo źródłem jest sam Pan Jezus. To oczywiste”. Z kontemplacji krzyża rodzi się działanie. Trzeba jednak tę kontemplację prowadzić systematycznie, przez całe życie. Dziś zaczynam na nowo ze świadomością, że Chrystus, konając w męce na krzyżu, przebaczył mi moje grzechy, dlatego staram się cierpliwie nieść codzienny krzyż, pomagać braciom w potrzebie i z serca przebaczać im winy, ze świadomością, że Wielki Piątek wciąż trwa. I podejmuję modlitwę za około 100 mln wierzących w Chrystusa, którzy są w tej chwili gdzieś na świecie przesłuchiwani, aresztowani, torturowani, a nawet zabijani ze względu na swoje przekonania religijne. Składają świadectwo swojej wierności do końca, a krzyż staje się dla nich bramą miłosierdzia.

brama miłosierdzia co to jest